Droga
Redakcjo,
Czy Redakcja pamięta jeszcze słynny wiersz Juliana Tuwima
„Rzepka”?? Ilekroć chrupię rzepę zawsze go sobie przypominam. Skąd moje
dziwactwo?? Nie mam pojęcia…
Od 2 lat mam pewną dziwną przypadłość. Otóż co jakiś czas
mój organizm potrafi się domagać 1 składnika/ produktu/warzywa – niepotrzebne skreślić.
Przed
zajściem w ciążę w menu gościły oliwki czarne, jabłka, kalarepa, ogórki surowe –
po prostu nie mogłam się bez nich obejść. To było silniejsze ode mnie …
Okres
ciąży wspominam jako czas niewielu zachcianek. Nie goniłam Susła w środku nocy
po lody, banany i inne rzeczy, jak zdarzało się to moim koleżankom. Korniszony,
czarne pomidory, kefir, sucha bułka i frytki – mniej więcej bez tego nie mogłam
się obyć.
Nadszedł niespodziewanie wielki dzień i pojawiła się
znienacka Lemur (dlaczego niespodziewanie i znienacka o tym kiedyś).
Po
kilkunastu dniach spędzonych z Lemurem w SPA wróciłam do domu, zmęczona i bez
krztyny apetytu. Dopiero po jakimś czasie gdy już się pozbierałam psychicznie i
emocjonalnie ( o tym, też kiedyś), poczułam głód i to straszliwy.
Karmiąc Lemura i obawiając się o jej delikatny brzuszek
najpierw pozwalałam sobie na krówki. Na spacer wychodziłam zaopatrzona w
krówki. Siedząc i karmiąc Lemura wcinałam krówki. Dzień zaczynałam od krówek.
Krówki musiały być tylko z dwóch sklepów z tego dyskontu na B i sieci
kosmetycznej na R. Szuflada w kuchni była pełna krówek. Krówki everywhere!!!
Jednak
krówkowa dieta minęła i przerzuciłam się na słone paluszki – na szczęście na
krótko – biorąc takie a nie inne leki nie mogłam sobie na tę dietę zbytnio
pozwolić. Co pochrupałam jednak to moje.
Potrzeba chrupania była przeogromna i wtedy mnie
oświeciło – rzodkiewka, śliczna, różowa, okrąglutka lub podłużna. I znowu się
zaczęło!!!! I nie mogłam przestać!!! To było prawdziwe rzodkiewkowe szaleństwo.
Codziennie kupowałam od dwóch do czterech pęczków rzodkiewek. Dokonałam
rekonesansu pośród okolicznych warzywniaków i tylko jeden zasługiwał na uwagę.
Tam codziennie dokonywałam zakupu. Po powrocie do domu myłam, pozbawiałam
ogonków i natki, po czym lądowały sobie w lodówce i czekały na mój atak. Bywały
wieczory, że nosiło mnie po domu. Czułam rzodkiewkowy głód. Po prostu
uzależniłam się od rzodkiewki. Gdy jej nie było umierałam z głodu i to było
najgorsze, bowiem okazało się, że rzodkiew wzmagała straszliwie mój apetyt (nie
mogę tylko zwalać na Lemura, która wisiała nieustannie na mnie). To paskudne
działanie niestety potwierdził dr Google i ciocia wikipedia. Znów znalazłam się
w kropce…
Doznałam kolejnego oświecenia żywieniowego stojąc i
rozglądając się w rzodkiewkowej malignie po warzywniaku. Zauważyłam czarną
rzepę. Małą, brzydką, niepozorną, wręcz zniechęcającą swym wyglądem do
bliższego poznania. Kupiłam najpierw jedną, potem dwie i tak z dnia na dzień
zaprzyjaźniłyśmy się. Pan z warzywniaka zyskał we mnie stałą klientkę, która stale
domaga się rzepy. Wchodząc tylko w progi sklepiku jestem poinformowana, gdzie
ów towar pierwszej potrzeby oczekuje na mnie. Kupując rzepę staram się wybierać
małe lub średnie sztuki, bowiem te spore są zazwyczaj przerośnięte i pozbawione
swojego specyficznego smaku.
Zapewne Redakcja zapyta jak jadam ten przysmak.
Odpowiadam z miejsca - bardzo prosto – z
początku pozbawione skórki i pokrojone w plastry. Obecnie ścieram na tarce na
drobnych oczkach i dodaję łyżkę jogurtu, albo dodaję jedną surową startą
marchew. Przedwczoraj rzepa była jednym ze składników surówki obiadowej, którą
zaserwowałam moim gościom. Suseł, który nie może wytrzymać już z moimi
dziwactwami żywieniowymi, chwilę oponował. Jednak w trakcie jedzenia okazało
się, że jest to najlepsza surówka jaką kiedykolwiek jadł.
Surówka
z kapusty szpiczastej i czarnej rzepy
½ główki
drobno posiekanej kapusty szpiczastej
1 starta
na drobnych oczkach duża marchew
1
starta średnia rzepa
1
starte winne jabłko
1 łyżka
majonezu
1
łyżka jogurtu
Sól,
pieprz, cukier
Wszystkie
składniki wymieszać, doprawić i podawać niezwłocznie.
Mam nadzieję, że Redakcja skorzysta z przepisu i rzepa
zagości na stałe na redakcyjnym stole. "Rzepowym" szaleństwem zaraziłam już
koleżankę, która swoje zmagania z rzepą opisała tutaj.
Moi goście wyjechali dzisiaj od nas obdarowani rzepą. Edukacja na temat rzepy w toku :)
Właśnie uświadomiłam sobie, że moja miłość do rzepy już trwa od co najmniej czterech miesięcy. Oby do wiosny ...
Tak więc "rzepowych" snów!!
poki brukselka nie zarazasz jest dobrze :D
OdpowiedzUsuńpodobno liscie rzodkiewki tez mozna wykorzystac (np. do pesto), ale nigdy nie probowalam :)
Agatko, wierz mi przejdziesz na brukselkową stronę mocy niebawem :) już wczoraj poddałaś się brukselce układając puzzle! A co do naci rzodkwi to i zupę można zrobić, byle liście młode były.
OdpowiedzUsuń