niedziela, 29 grudnia 2013

Rzecz o rzepie

Droga Redakcjo,
Czy Redakcja pamięta jeszcze słynny wiersz Juliana Tuwima „Rzepka”?? Ilekroć chrupię rzepę zawsze go sobie przypominam. Skąd moje dziwactwo?? Nie mam pojęcia…
Od 2 lat mam pewną dziwną przypadłość. Otóż co jakiś czas mój organizm potrafi się domagać 1 składnika/ produktu/warzywa – niepotrzebne skreślić.
Przed zajściem w ciążę w menu gościły oliwki czarne, jabłka, kalarepa, ogórki surowe – po prostu nie mogłam się bez nich obejść. To było silniejsze ode mnie …
Okres ciąży wspominam jako czas niewielu zachcianek. Nie goniłam Susła w środku nocy po lody, banany i inne rzeczy, jak zdarzało się to moim koleżankom. Korniszony, czarne pomidory, kefir, sucha bułka i frytki – mniej więcej bez tego nie mogłam się obyć.
Nadszedł niespodziewanie wielki dzień i pojawiła się znienacka Lemur (dlaczego niespodziewanie i znienacka o tym kiedyś).
Po kilkunastu dniach spędzonych z Lemurem w SPA wróciłam do domu, zmęczona i bez krztyny apetytu. Dopiero po jakimś czasie gdy już się pozbierałam psychicznie i emocjonalnie ( o tym, też kiedyś), poczułam głód i to straszliwy.
Karmiąc Lemura i obawiając się o jej delikatny brzuszek najpierw pozwalałam sobie na krówki. Na spacer wychodziłam zaopatrzona w krówki. Siedząc i karmiąc Lemura wcinałam krówki. Dzień zaczynałam od krówek. Krówki musiały być tylko z dwóch sklepów z tego dyskontu na B i sieci kosmetycznej na R. Szuflada w kuchni była pełna krówek. Krówki everywhere!!!
Jednak krówkowa dieta minęła i przerzuciłam się na słone paluszki – na szczęście na krótko – biorąc takie a nie inne leki nie mogłam sobie na tę dietę zbytnio pozwolić. Co pochrupałam jednak to moje.  
Potrzeba chrupania była przeogromna i wtedy mnie oświeciło – rzodkiewka, śliczna, różowa, okrąglutka lub podłużna. I znowu się zaczęło!!!! I nie mogłam przestać!!! To było prawdziwe rzodkiewkowe szaleństwo. Codziennie kupowałam od dwóch do czterech pęczków rzodkiewek. Dokonałam rekonesansu pośród okolicznych warzywniaków i tylko jeden zasługiwał na uwagę. Tam codziennie dokonywałam zakupu. Po powrocie do domu myłam, pozbawiałam ogonków i natki, po czym lądowały sobie w lodówce i czekały na mój atak. Bywały wieczory, że nosiło mnie po domu. Czułam rzodkiewkowy głód. Po prostu uzależniłam się od rzodkiewki. Gdy jej nie było umierałam z głodu i to było najgorsze, bowiem okazało się, że rzodkiew wzmagała straszliwie mój apetyt (nie mogę tylko zwalać na Lemura, która wisiała nieustannie na mnie). To paskudne działanie niestety potwierdził dr Google i ciocia wikipedia. Znów znalazłam się w kropce…
Doznałam kolejnego oświecenia żywieniowego stojąc i rozglądając się w rzodkiewkowej malignie po warzywniaku. Zauważyłam czarną rzepę. Małą, brzydką, niepozorną, wręcz zniechęcającą swym wyglądem do bliższego poznania. Kupiłam najpierw jedną, potem dwie i tak z dnia na dzień zaprzyjaźniłyśmy się. Pan z warzywniaka zyskał we mnie stałą klientkę, która stale domaga się rzepy. Wchodząc tylko w progi sklepiku jestem poinformowana, gdzie ów towar pierwszej potrzeby oczekuje na mnie. Kupując rzepę staram się wybierać małe lub średnie sztuki, bowiem te spore są zazwyczaj przerośnięte i pozbawione swojego specyficznego smaku.
Zapewne Redakcja zapyta jak jadam ten przysmak. Odpowiadam z miejsca - bardzo prosto –  z początku pozbawione skórki i pokrojone w plastry. Obecnie ścieram na tarce na drobnych oczkach i dodaję łyżkę jogurtu, albo dodaję jedną surową startą marchew. Przedwczoraj rzepa była jednym ze składników surówki obiadowej, którą zaserwowałam moim gościom. Suseł, który nie może wytrzymać już z moimi dziwactwami żywieniowymi, chwilę oponował. Jednak w trakcie jedzenia okazało się, że jest to najlepsza surówka jaką kiedykolwiek jadł.
Surówka z kapusty szpiczastej i czarnej rzepy
½ główki drobno posiekanej kapusty szpiczastej
1 starta na drobnych oczkach duża marchew
1 starta średnia rzepa
1 starte winne jabłko
1 łyżka majonezu
1 łyżka jogurtu
Sól, pieprz, cukier
Wszystkie składniki wymieszać, doprawić i podawać niezwłocznie.
Mam nadzieję, że Redakcja skorzysta z przepisu i rzepa zagości na stałe na redakcyjnym stole. "Rzepowym" szaleństwem zaraziłam już koleżankę, która swoje zmagania z rzepą opisała tutaj.
Moi goście wyjechali dzisiaj od nas obdarowani rzepą. Edukacja na temat rzepy w toku :)
Właśnie uświadomiłam sobie, że moja miłość do rzepy już trwa od co najmniej czterech miesięcy. Oby do wiosny ...
Tak więc "rzepowych" snów!!

2 komentarze:

  1. poki brukselka nie zarazasz jest dobrze :D
    podobno liscie rzodkiewki tez mozna wykorzystac (np. do pesto), ale nigdy nie probowalam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Agatko, wierz mi przejdziesz na brukselkową stronę mocy niebawem :) już wczoraj poddałaś się brukselce układając puzzle! A co do naci rzodkwi to i zupę można zrobić, byle liście młode były.

    OdpowiedzUsuń