sobota, 8 marca 2014

Cmentarz

Tak mi strasznie smutno, że Cię już nie ma w naszym życiu.
Siedziałam z Lemur na kolanach na przeciw Twojego grobu i jej mówiłam o Tobie.
To wcale nie było łatwe, zwłaszcza że ona Ciebie nigdy nie pozna.
Tato...

czwartek, 30 stycznia 2014

Tak troszkę o forsycjach

Droga Redakcjo,
jeszcze 3 tygodnie temu nic nie zapowiadało nadejścia pani zimy. Spacerując sobie z M. pomiędzy uliczkami, natknęłyśmy się na taki o to widok wtedy.



Tak sobie kwitła na początku stycznia forsycja, a potem zasypał ją śnieg i stłamsił mróz. Nie wiem, jak się wiosną odrodzi.
A czy Redakcja wie, że Wrocław jest miastem forsycji?? W każdym zakątku miasta, co roku krzaki forsycjowe kwitną, wręcz żarzą się żółcią. Przypominają zabieganym mieszkańcom o wiośnie, o cieple i nadchodzącym lecie.
            Niestety teraz przyszła zima, jest smutno, szaro i niestety brudno. Za to w Parku Południowym ptaszęta okupują kamienną balustradę i wcale nie narzekają na zimę.



poniedziałek, 20 stycznia 2014

Mała przerwa w dostawie postów

Droga Redakcjo, 
proszę mi wybaczyć tę małą przerwę w dostawie postów. Średnia psinka była chora. Zbyt chora jak na nią i zbyt chora by zawracać Redakcji głowę. Oczywiście zebrało się wszystko, co mogło w danym momencie. Efekt- spędzenie prawie trzech godzin w lecznicy głaszcząc i czule przemawiając do psiej pacjentki. Za to Lemur na rękach Wujka Grafika w weterynaryjnej poczekalni.
Średnia psinka dotychczas była przykładem psiny o zdrowiu doskonałym. Z całej posiadanej przez nas czeredy, ją się choróbska imały jako ostatnią. Na dodatek zawsze przebieg dolegliwości był łagodniejszy niż pozostałej dwójki. Rzecz jasna nie tym razem. Ogólne osłabienie organizmu spowodowane jej suczą przypadłością przyprawiło ją o ból gardła. Oprócz tego doszło do problemów z wątrobą, zagazowania jelit i żołądka co spowodowało, że miałam psa - balonik. I koniec końców stan zapalny oka. Jednym słowem jak nie urok to przemarsz wojsk artyleryjskich.

Na szczęście dr B, u którego byliśmy pierwszy raz, stanął na wysokości zadania. Zwierz powrócił do zdrowia. Do zaleceń się zastosowaliśmy i stosujemy. Mam nadzieję, że kolejny raz do takiego apogeum dolegliwości nie dojdzie. Teraz smacznie śpi ze swoją psią córką i słodko chrapie.

środa, 8 stycznia 2014

Z dyni

Droga Redakcjo,

Przyjechała ze mną po świętach mała, pękata, lekko przez życie spsuta i złe traktowanie. Mieszkała przez chwilę w przedpokoju, oddając trochę słońca Małemu Złu, które bardzo chciało się z nią zaprzyjaźnić włażąc do wielkiej niebieskiej torby i przytulając się do żółto – pomarańczowej lokatorki.
Codziennie na nią patrzyłam i zastanawiałam się co z nią zrobić. Czy zamienić w pure (żadne pure z dżemem nie wchodziło w grę!), ciasto, marynatę, konfiturę czy zupę? Chciałam by z jej dobra skorzystała Lemur, więc zrobiłam 2 zupy – krem. Jedna specjalnie przygotowana dla Lemura z ziemniaczkiem, marchewką i indykiem oraz kilkoma kroplami greckiej oliwy z oliwek za którą dziękuję Sąsiadce zza ściany zaś druga zupa to krem dla dorosłych.
Pierwotny plan zakładał, że zupa powstanie pewnego poranka i zostanie podana jako II śniadanie dla mającej nas odwiedzić kuzynki. Niestety z porannej zupy nic nie wyszło. Jednak co się odwlecze to nie uciecze. Późnym popołudniem zabrałam się za przygotowanie zupy, która była rozgrzewająca i sycąca. Było jej na tyle dużo, że na drugi dzień pojawiłam się u mojego kuzynostwa z obiecanym słoikiem zupy i kawałkiem surowej dyni. 



Lubię dynię za to, że tak wdzięcznie wchłania różne smaki i aromaty podczas jej przetwarzania.  Moja zupa miała nutkę ostrości dzięki czosnkowi, szczypcie tymianku i imbirowi. Lubię dynię, dlatego że można ją z powodzeniem jeszcze zajadać zimą. Wszystko zależy tylko od sposobu i możliwości przechowywania. Swoim wyglądem przywołuje w szare dni wspomnienie lata i ciepłych promieni słonecznych.

wtorek, 7 stycznia 2014

Route 66

Droga Redakcjo,
Dawno, dawno temu zanim jeszcze nasz mały 14-calowy telewizorek dokonał swojego żywota, lubiliśmy oglądać program podróżniczo – kulinarny o amerykańskiej Route 66. Program prowadziło dwóch Europejczyków, którzy urzeczeni różnorodnością i bogactwem kulturowym przemierzali tę trasę prezentując kuchnię i obyczaje ludzi związanych z Route 66. Dzięki nim Stany Zjednoczone stały się dla nas ciekawsze i warte zobaczenia.
Niedawno skuszeni opisem obejrzeliśmy film z Jude Law i Norah Johns Jagodowa Miłość „My Blueberry Nights”. Mieliśmy nadzieję, że będzie to film przede wszystkim o drodze 66. Jednak tak naprawdę był to film o ludzkiej drodze do szczęścia, miłości, spokoju. Jest to film z ciekawą kreacją m.in. Jude Law grającego właściciela nowojorskiej kafejki, zranionej zawodem miłosnym Norah Jones,  Nathalie Portman wcielającej się w postać zawodowego gracza w pokera.

Film toczący się leniwie i miły w sam raz na powolną niedzielę, kiedy trzeba odpocząć przed pracowitym poniedziałkiem. Oglądając „My Blueberry Nights” naszła mnie chęć na ciasto jagodowe, upieczone w formie ichniego „paja”. Szukam dalszych inspiracji. Na razie króluje u mnie jeszcze piernik staropolski i szara reneta w szarlotce. Jeśli szukacie smacznego przepisu na „szarlottę” to zapraszam na inny wrocławski blog, gdzie znajdziecie jeszcze kilka innych pysznych przepisów. Miłośnicy kotów na pewno nie będą zawiedzeni :)

niedziela, 29 grudnia 2013

Rzecz o rzepie

Droga Redakcjo,
Czy Redakcja pamięta jeszcze słynny wiersz Juliana Tuwima „Rzepka”?? Ilekroć chrupię rzepę zawsze go sobie przypominam. Skąd moje dziwactwo?? Nie mam pojęcia…
Od 2 lat mam pewną dziwną przypadłość. Otóż co jakiś czas mój organizm potrafi się domagać 1 składnika/ produktu/warzywa – niepotrzebne skreślić.
Przed zajściem w ciążę w menu gościły oliwki czarne, jabłka, kalarepa, ogórki surowe – po prostu nie mogłam się bez nich obejść. To było silniejsze ode mnie …
Okres ciąży wspominam jako czas niewielu zachcianek. Nie goniłam Susła w środku nocy po lody, banany i inne rzeczy, jak zdarzało się to moim koleżankom. Korniszony, czarne pomidory, kefir, sucha bułka i frytki – mniej więcej bez tego nie mogłam się obyć.
Nadszedł niespodziewanie wielki dzień i pojawiła się znienacka Lemur (dlaczego niespodziewanie i znienacka o tym kiedyś).
Po kilkunastu dniach spędzonych z Lemurem w SPA wróciłam do domu, zmęczona i bez krztyny apetytu. Dopiero po jakimś czasie gdy już się pozbierałam psychicznie i emocjonalnie ( o tym, też kiedyś), poczułam głód i to straszliwy.
Karmiąc Lemura i obawiając się o jej delikatny brzuszek najpierw pozwalałam sobie na krówki. Na spacer wychodziłam zaopatrzona w krówki. Siedząc i karmiąc Lemura wcinałam krówki. Dzień zaczynałam od krówek. Krówki musiały być tylko z dwóch sklepów z tego dyskontu na B i sieci kosmetycznej na R. Szuflada w kuchni była pełna krówek. Krówki everywhere!!!
Jednak krówkowa dieta minęła i przerzuciłam się na słone paluszki – na szczęście na krótko – biorąc takie a nie inne leki nie mogłam sobie na tę dietę zbytnio pozwolić. Co pochrupałam jednak to moje.  
Potrzeba chrupania była przeogromna i wtedy mnie oświeciło – rzodkiewka, śliczna, różowa, okrąglutka lub podłużna. I znowu się zaczęło!!!! I nie mogłam przestać!!! To było prawdziwe rzodkiewkowe szaleństwo. Codziennie kupowałam od dwóch do czterech pęczków rzodkiewek. Dokonałam rekonesansu pośród okolicznych warzywniaków i tylko jeden zasługiwał na uwagę. Tam codziennie dokonywałam zakupu. Po powrocie do domu myłam, pozbawiałam ogonków i natki, po czym lądowały sobie w lodówce i czekały na mój atak. Bywały wieczory, że nosiło mnie po domu. Czułam rzodkiewkowy głód. Po prostu uzależniłam się od rzodkiewki. Gdy jej nie było umierałam z głodu i to było najgorsze, bowiem okazało się, że rzodkiew wzmagała straszliwie mój apetyt (nie mogę tylko zwalać na Lemura, która wisiała nieustannie na mnie). To paskudne działanie niestety potwierdził dr Google i ciocia wikipedia. Znów znalazłam się w kropce…
Doznałam kolejnego oświecenia żywieniowego stojąc i rozglądając się w rzodkiewkowej malignie po warzywniaku. Zauważyłam czarną rzepę. Małą, brzydką, niepozorną, wręcz zniechęcającą swym wyglądem do bliższego poznania. Kupiłam najpierw jedną, potem dwie i tak z dnia na dzień zaprzyjaźniłyśmy się. Pan z warzywniaka zyskał we mnie stałą klientkę, która stale domaga się rzepy. Wchodząc tylko w progi sklepiku jestem poinformowana, gdzie ów towar pierwszej potrzeby oczekuje na mnie. Kupując rzepę staram się wybierać małe lub średnie sztuki, bowiem te spore są zazwyczaj przerośnięte i pozbawione swojego specyficznego smaku.
Zapewne Redakcja zapyta jak jadam ten przysmak. Odpowiadam z miejsca - bardzo prosto –  z początku pozbawione skórki i pokrojone w plastry. Obecnie ścieram na tarce na drobnych oczkach i dodaję łyżkę jogurtu, albo dodaję jedną surową startą marchew. Przedwczoraj rzepa była jednym ze składników surówki obiadowej, którą zaserwowałam moim gościom. Suseł, który nie może wytrzymać już z moimi dziwactwami żywieniowymi, chwilę oponował. Jednak w trakcie jedzenia okazało się, że jest to najlepsza surówka jaką kiedykolwiek jadł.
Surówka z kapusty szpiczastej i czarnej rzepy
½ główki drobno posiekanej kapusty szpiczastej
1 starta na drobnych oczkach duża marchew
1 starta średnia rzepa
1 starte winne jabłko
1 łyżka majonezu
1 łyżka jogurtu
Sól, pieprz, cukier
Wszystkie składniki wymieszać, doprawić i podawać niezwłocznie.
Mam nadzieję, że Redakcja skorzysta z przepisu i rzepa zagości na stałe na redakcyjnym stole. "Rzepowym" szaleństwem zaraziłam już koleżankę, która swoje zmagania z rzepą opisała tutaj.
Moi goście wyjechali dzisiaj od nas obdarowani rzepą. Edukacja na temat rzepy w toku :)
Właśnie uświadomiłam sobie, że moja miłość do rzepy już trwa od co najmniej czterech miesięcy. Oby do wiosny ...
Tak więc "rzepowych" snów!!