Droga Redakcjo,
Przyjechała ze mną po świętach mała, pękata, lekko przez
życie spsuta i złe traktowanie. Mieszkała przez chwilę w przedpokoju, oddając
trochę słońca Małemu Złu, które bardzo chciało się z nią zaprzyjaźnić włażąc do wielkiej niebieskiej torby i przytulając się do
żółto – pomarańczowej lokatorki.
Codziennie na nią patrzyłam i zastanawiałam się co z nią
zrobić. Czy zamienić w pure (żadne pure z dżemem nie wchodziło w grę!), ciasto,
marynatę, konfiturę czy zupę? Chciałam by z jej dobra skorzystała Lemur, więc
zrobiłam 2 zupy – krem. Jedna specjalnie przygotowana dla Lemura z
ziemniaczkiem, marchewką i indykiem oraz kilkoma kroplami greckiej oliwy z
oliwek za którą dziękuję Sąsiadce zza ściany zaś druga zupa to krem dla
dorosłych.
Pierwotny plan zakładał, że zupa powstanie pewnego
poranka i zostanie podana jako II śniadanie dla mającej nas odwiedzić kuzynki.
Niestety z porannej zupy nic nie wyszło. Jednak co się odwlecze to nie uciecze.
Późnym popołudniem zabrałam się za przygotowanie zupy, która była rozgrzewająca
i sycąca. Było jej na tyle dużo, że na drugi dzień pojawiłam się u mojego
kuzynostwa z obiecanym słoikiem zupy i kawałkiem surowej dyni.
Lubię dynię za to, że tak wdzięcznie wchłania różne smaki
i aromaty podczas jej przetwarzania. Moja zupa miała nutkę ostrości dzięki
czosnkowi, szczypcie tymianku i imbirowi. Lubię dynię, dlatego że można ją z
powodzeniem jeszcze zajadać zimą. Wszystko zależy tylko od sposobu i możliwości
przechowywania. Swoim wyglądem przywołuje w szare dni wspomnienie lata i
ciepłych promieni słonecznych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz